Tu i teraz. W refleksji odchodzenia …

Dzisiaj przeczytałem informację o śmierci 4 letniego chłopca w rybnickim szpitalu. Nie dowierzałem patrząc na zdjęcia. Do mózgu stopniowo docierała prawdziwa interpretacja faktów. To chłopiec, którego spotykaliśmy w ośrodku. Zdarzało się, że miał zajęcia w tym samym dniu, o tej samej godzinie co mój syn. I rozmowy i obserwacja Jego mamy, która bardzo o niego walczyła. Kochając tak po ludzku, walczyła o niego, aby autyzm tego chłopca, choć mozolnie, ale jednak się cofał. Krwawi moje serce z powodu śmierci tego malucha. Byli prawie rówieśnikami. I choć rozum mi mówi, że codziennie na onkologii i innych oddziałach umierają dzieciaki, to tu tak mocno, doświadczalnie dotykam tej konkretnej ludzkiej tragedii i tajemnicy śmierci. Modlę się za Niego i Jego rodziców. Tak po ludzku nie potrafię sobie wyobrazić ogromu cierpienia z powodu straty dziecka. I właśnie dziś szczególnie doświadczam, w tych okolicznościach, jak często czynię własne życie pozbawione wartości. Jak mało kocham, jak mało jestem w stanie oddać, jak mało potrafię być na drugim planie, jak mało potrafię to życie uczynić wartościowszym. Przecież mimo, że doskonale w teorii wiemy wszyscy o tym dobrze, to często do nas nie dociera, że nie mamy żadnej gwarancji, że jutro będzie nam dane. Dlatego tak ważne jest właśnie tu i teraz. Niech te tu i teraz będzie najlepsze, jakie tylko potrafimy dać z głębi serca. Bez asekuracji i kalkulacji.

Głos serca.

I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie». Mk 16,15-18

Za minutę minie północ, zaczynam wpis, gdyż w sercu poruszenie. Trochę związane z obecnym czasem, gdy Pan Bóg w moim życiu dość skutecznie się schował. Nie dostrzegam i nie odczuwam Go tak jak wcześniej, choć wierzę, że jest tuż obok. U znajomego księdza na profilu facebookowym, poruszane są tematy związane ze wspólnotami charyzmatycznymi i ich posługą, głównie w kwestii modlitwy o uzdrowienie. Ze swej strony uważam, że temat jest przedstawiony w sposób nad wyraz racjonalny, przystępny i trafiający do mojego serca. Część komentarzy czytających wzbudziła moje refleksje i poruszenie serca. Szukamy często ukrytego dna, zastanawiamy się, analizujemy choć Ewangelia w tych kwestiach wydaje się dość jasna. Czy Bóg uzdrawia ? Czy na pewno, czy aby na pewno chce mnie uzdrowić, innych tak, ale czy mnie. Czy mogę wołać i prosić ? Czy może lepiej cierpieć godnie i nie szukać pomocy, może tego cierpienia Bóg chce właśnie dla mnie. Bóg wlewał we mnie pragnienia przez ostatnie lata, pragnienia Bożego Królestwa tu na ziemi, zwycięstwa nad złem, chorobą, pragnienia zwycięstwa miłości i dobra w codziennej rzeczywistości. Pan Bóg pokazywał mi te rzeczywistości, podczas, gdy na co dzień zmagałem się i zmagam z chorobą syna. Zapraszał i przekonywał, że to właściwa droga. Droga prośby, wołania, modlitwy i uporu. I tak właśnie teraz do serca weszło wspomnienie z ostatniej naszej Drogi Abrahama. Wiele modlitw za chorych po drodze. Wiele próśb modlitewnych. Wiele modlitw wstawienniczych. Tam realizowały wlewane wcześniej pragnienia. I dwie modlitwy, które bardzo zapadły mi w sercu. Jedna po zakończeniu próby chóru w Świętajnie. Modlitwa za małżeństwo, mąż i żona razem śpiewają w chórze, o zdrowie dla żony (nowotwór), ale i o pokój w sercu, jakiś czas temu tragicznie zmarł ich syn krztusząc się pożywieniem. Słowa modlitwy stawały mi w gardle, okraszone spływającymi łzami po policzkach. I druga, zakotwiczona w sercu, gdy wraz z klerykiem przemierzałem dzień wędrówki, wiejska droga, zatrzymał się samochód. Ktoś otwarł okno. Prosił, aby zabrać ofiarę i złożyć ją na mszę w Świętej Lipce. Po chwili stanęliśmy z Tomkiem w autorytecie Jezusa i modliliśmy się za tego lekarza, który był kierowcą tego samochodu. Samochód zaparkowany na jednym pasie drogi, my w trójkę na drugim. Widziałem lęk w oczach tego mężczyzny, lęk związany z chorobą. Lęk serca. Rozpoczęliśmy modlitwę o pełne uzdrowienie. Dzień był ponury. Na koniec – Pan doktor do nas: czuję olbrzymi pokój, po chwili: zobaczcie jakie wyszło piękne słońce. Rzeczywiście to co zobaczyliśmy na niebie było czymś absolutnie pięknym. To On zwrócił naszą uwagę  na to co pojawiło się w Jego sercu. Radość. Fascynacja pięknem przyrody. Te dwie modlitwy tak głęboko zostały w moim sercu. I dzisiejsze poruszenie. Wróć do tego co wcześniej. Do monolitu, który miałeś w sercu. Do pragnień, które wlewałem w twoje serce. I w tym szczególnym momencie, gdy za tydzień moja książka o Bożym prowadzeniu, o Bożej pomocy i Bożych pragnieniach, czas chyba najwyższy, aby wrócić do tego, co dawało pokój i radość w sercu, wrócić do doświadczenia, że Bóg jest dobry i nie ma w nim żadnego postępu. A słowo: I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie» przyjąć jako Boże zaproszenie do budowania Królestwa Bożego tu i teraz. Z pełną wiarą a będzie nam dane. Bez drugiego dna, zbędnej analizy, pójść za głosem serca.

Sprawdzona formuła.

Wiecie co, przechodziłam/przechodzę ostatnio dość cięzki psychicznie czas. Kryzys wiary mam juz od dluzszego czasu. W kosciele nie bylam juz nawet nie wiem ile (nawet na święta… :/ , praktycznie się nie modlę. Ale nie obraziłam się na Boga, nie złorzeczę, nie psioczę. Ale też przestałam wierzyć że Bóg chce mi pomóc – i ilekroć zdarzało mi sie jakos bardziej pomodlić to zazwyczaj działy sie potem jakies straszne, jeszcze gorsze rzeczy, tak, ze nawet zaczelam bac sie modlić żeby przynajmniej rzeczy pozostale jakimi są , jesli nie moga byc lepsze to niech przynajmniej nie będa gorsze…. :/ Ale ostatnio zdarzyło mi się byc kilka razy w takiej niemocy ze wręcz wykrzykiwałam do Boga że musi mi pomóc, bo nie zniosę tego dłużej… I w pewnej chwili zapragnęłam pójsc do kosciola i wpadla mi informacja o maszach o uzdrowienie u Dominikanów. Ze sa w trzecią niedzielę meisiąca – pojechałam dziś – i chociaż chyba tych mszy w wakacje nie ma, tak? bo nic szczególnego dziś nie było, żadnych specjalnych modlitw i obrzedów – to wiecie jaka dzis była Ewangelia? …o uzdrowieniu, o wierze, o wytrwałosci w modlitwie… Potem odpowiednie kazanie, jakbym sluchala o sobie…. Przypominam – nie byłam na mszy całe wieki!!!! – idę po latach i trafiam tak. Nawet nie wiem co powiedzieć…Dziwnie się czuję… Kolokwialnie powiedziałabym „w szoku” ale nie wiem czy to najlepsze okreslenie – niemniej coś koło tego…. Magdalena Anna

W niedzielę jedna z mam umieściła posta w naszej wspólnej grupie na facebooku: autyzm i pokrewne zaburzenia a realne działanie Boga (katolicka grupa). Był to jej pierwszy post w grupie, mimo, że jest członkiem grupy od dłuższego już czasu. Z treści postu mogę się domyślać dlaczego. Wczoraj kosząc trawę moje myśli powędrowały „w stronę” tego posta, jak Bóg jednym zamiarem zmienił tę mamę. A może to jednak ta mama swoim zamiarem zmiany, stojąc pod ścianą zapragnęła relacji, pomocy i w swojej swoistej bezsilności, planując tą niedzielę tak a nie inaczej, zawołała: Boże ratuj. Bóg odpowiedział. Myśli moje powędrowały do tego, co ten wpis uczynił. Skupił uwagę wielu osób. Pojawiło się znacznie więcej komentarzy niż w innych wpisach. Zbudował dobro. Pojawiły się komentarze zachęty, wsparcia do dalszej otwartości na Boga, ale i komentarze i polubienia osób, które z nadzieją, dzięki temu świadectwu, przyjrzały się własnej sytuacji, sam Bóg wlał w nie nadzieję, wlewając najpierw ją w serce tej mamy, która umieściła wpis. Pomyślałem o tej grupie osób uzdrawianych i wskrzeszanych w Ewangelii. Jaka musiała być reakcja osób, które były naocznymi świadkami tych cudów lub tych, które usłyszały słowną relację od bohaterów historii, sprawdzając jak choroby czy dysfunkcje ustąpiły im bezpowrotnie? Dobro Jezusa zmieniało rzeczywistość nie tylko uzdrawianych, ale całego okolicznego świata. Domyślam się, że „siła rażenia” każdego z uzdrowień była tak olbrzymia, że wieści o nich roznosiły się błyskawicznie, niejako automatycznie zapraszając kolejnych cierpiących do osobistego spotkania z Panem. Czy dzisiaj jest inaczej ? Formuła Boga się nie zmieniła i dziś tak jak wtedy, jedno Jego dotknięcie powoduje, że taka osoba nie potrafi nie dzielić się tym co się wydarzyło. Ma w sobie tą potrzebę wynikającą z radości, która pojawiła się w jej sercu, a miłość i miłosierdzie chce się natychmiast mnożyć dalej. Dobro rodzi dobro a błogosławieństwo objawia się kolejnym błogosławieństwem. I tak w niezmienionej formule od wielu lat. Tak jak ta mama dostrzegła, że Bóg odpowiedział, tak jej serce zdecydowało się tym podzielić i dzięki temu zaprosiła innych do przekonania się we własnej bezsilności, że Bóg jest obecny i kocha wszystkich równo i zawsze robi to bez konieczności wpłacania zaliczki. Bóg czyniąc dobro, zmieniając czy naprawiając nasze życia, doskonale zdaje sobie sprawę, że jak naczynia powiązane Dobra Nowina się nie zatrzyma, Nie zatrzyma się ani dziś, ani jutro, nie zatrzyma się nigdy, gdyż łaska Boża jest nam dana na zawsze i jest nam dana za darmo. „Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne.” Rzym 11,29